Są motocykle, które odpalasz, żeby jechać. I są takie, które odpalasz… żeby świat usłyszał, że właśnie podjąłeś życiową decyzję. Honda CBX1000 należy do tej drugiej kategorii. To nie jest maszyna, która „pasuje do wszystkiego”. To jest maszyna, która pasuje do ludzi, którzy potrafią spojrzeć na zdrowy rozsądek, uśmiechnąć się i powiedzieć: „Spokojnie, mam plan. (Nie pytaj jaki.)”
Bo spójrzmy na sam pomysł. Koniec lat 70., kiedy większość producentów robiła naprawdę mocne czterocylindrówki, a Honda stwierdziła mniej więcej tyle: „Cztery? Fajnie. To teraz zróbmy… sześć.” I nie chodzi o „sześć” w stylu: dwa tu, dwa tam, jakoś to upchamy. Nie. Sześć w rzędzie. Jakby ktoś postanowił wpakować fragment silnika od małego samolotu między Twoje kolana i jeszcze powiedział: „Elegancko, na ulicę też się nada.”
CBX jest dziwny już na postoju. Ma w sobie coś z przesadnie ambitnego projektu szkolnego: „Zrobiłem wulkan z sody, ale trochę mi wyszedł czynny wulkan”. Silnik wystaje, wygląda obłędnie, a całe moto ma ten rodzaj bezczelności, jakby chciało Ci szepnąć: „Tak, wiem, że to przesada. I właśnie dlatego istnieję.”
A potem jest dźwięk. Dźwięk CBX-a to nie jest zwykły wydechowy „brrap”. To jest koncert, który zaczyna się jak mruczenie, a kończy jak motocyklowa opera. Taki motoryzacyjny ASMR, tylko zamiast szeptu masz sześć cylindrów robiących porządek w Twoich myślach. Człowiek nagle rozumie, czemu niektórzy lubią zapach benzyny bardziej niż świeczkę „lawenda i spokój”. Spokój? Tu? Nie. Tu jest „uśmiech i konsekwencje”.
Wyjątkowość CBX-a polega też na tym, że jest on równocześnie imponujący i kompletnie nielogiczny. W codziennym życiu to trochę jak pójść do sklepu po bułki… czołgiem. Da się? Da. Czy ma sens? No pewnie, że nie. Ale jest w tym coś pięknego: ta świadomość, że świat jest zbyt krótki, żeby zawsze wybierać rozsądnie. CBX nie udaje, że jest „motocyklem do miasta”. To bardziej katapulta z kierownicą, z którą masz układ: Ty trzymasz się kierownicy, a ono robi resztę.
I właśnie dlatego wokół CBX-a dzieją się rzeczy, które nie dzieją się wokół normalnych motocykli. Na stacji benzynowej ludzie nie pytają „ile pali?”, tylko patrzą, mrużą oczy i mówią coś w stylu: „Panie… to jest CBX?” Jakbyś przyjechał na parking czymś, co powinno stać w muzeum techniki albo w hangarze, a Ty po prostu używasz tego do życia. Jak tostera, który zamiast pieczywa wypala w człowieku emocje.
Najlepsze jest to, że legenda CBX-a nie wynika z tego, że był „najlepszy we wszystkim”. W legendach rzadko chodzi o tabelki. Chodzi o to uczucie, że ktoś kiedyś naprawdę odkręcił kurek z fantazją. Że powstało coś, co miało prawo się nie udać, a jednak do dziś działa na wyobraźnię jak plakat z dzieciństwa: trochę nierealny, trochę zbyt piękny, ale nie da się od niego oderwać.
Jeśli chcesz zobaczyć, jak CBX1000 wypada na tle innych maszyn, które z czasem weszły do panteonu „kultowych” (czasem zupełnie wbrew logice i wbrew pierwszym opiniom), to na moim kanale YouTube jest już film „10 kultowych motocykli”.
Łukasz




