To, co wydarzyło się wokół Toru Poznań, nie jest tylko lokalnym problemem mieszkańców Wielkopolski. To wyraźny sygnał, że systemowa walka z pasją do motoryzacji wkracza w decydującą fazę. Decyzją Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska tor został nagle wyłączony z użytku. Oficjalny powód? Hałas. Choć 24 godziny później decyzję zawieszono, to sytuacja nadal jest dramatyczna. Mówimy o obiekcie z homologacją, który od lat 70. stanowi fundament polskiej motoryzacji. Zamykanie torów wyścigowych pod pretekstem norm, których nie spełniają nawet zwykłe drogi krajowe, to absurd, przed którym stoimy w 2026 roku.
Absurdy akustyczne i walka z wiatrakami
Najbardziej uderzające w historii Toru Poznań jest to, że normy hałasu ustawiono na poziomie praktycznie nieosiągalnym dla profesjonalnego sportu. Co więcej, tuż obok toru funkcjonuje lotnisko. Samoloty generują wielokrotnie większy hałas, jednak to one mogą startować bez przeszkód. Problemem stały się motocykle i samochody, mimo że tor istniał tam na długo przed wieloma okolicznymi domami.
Niestety, to nie jest pierwszy taki przypadek w naszym kraju:
- Rybnik: Tory motocrossowe znikały pod naciskiem nowych mieszkańców, którzy wybudowali domy obok działających obiektów, a potem żądali ich likwidacji.
- Lublin: Tor, który wychował pokolenia zawodników, ostatecznie zniknął z mapy przez skargi i decyzje administracyjne związane z nową zabudową.
W każdym z tych przypadków scenariusz jest podobny – najpierw powstaje tor, potem osiedla, a na końcu następuje zamykanie torów wyścigowych z powodu „uciążliwości”.
Ironia systemu: Zabierzmy im tory, ukarzmy za ulicę
Obecna sytuacja jest wręcz ironiczna. Z jednej strony państwo zaostrza przepisy, surowo karze za nielegalne wyścigi, drift czy prędkość na drogach publicznych. Z drugiej strony – likwiduje się jedyne miejsca, gdzie można robić to bezpiecznie i pod okiem instruktorów. To tak, jakby zakazać pływania w rzece, a jednocześnie zasypać wszystkie baseny w mieście.
Efekt takich działań będzie odwrotny do zamierzonego. Motocykliści i kierowcy nie przestaną jeździć. Zamiast trenować na profesjonalnych obiektach, zostaną zmuszeni do szukania wrażeń tam, gdzie nigdy nie powinni się znaleźć – na ulicach. Brak torów to nie tylko cios w sport, to realne zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego.
Światełko w tunelu? Kraków i walka o przestrzeń
W tym mroku pojawia się jednak mały punkt nadziei – Kraków. Po ponad dekadzie temat budowy toru w tym mieście w końcu ruszył z miejsca. Projekt, który kiedyś wygrał w budżecie obywatelskim, nareszcie doczekał się realizacji. Koszty wzrosły z kilku do około 30 milionów złotych, ale czy to dużo w kontekście ratowania życia i rozwoju pasji?
Drifterzy, motocykliści i młodzi zawodnicy potrzebują przestrzeni. Bez odpowiedniej infrastruktury zostaje nam tylko chaos i „dzbany” na drogach. Dlatego to ostatni moment, aby środowisko motoryzacyjne zaczęło mówić jednym głosem. Musimy uświadomić decydentom, że zamykanie torów wyścigowych to prosta droga do pogorszenia bezpieczeństwa nas wszystkich. Bez torów nie ma sportu, a bez sportu nie ma odpowiedzialnych kierowców.
Zobacz materiał wideo
Motonewsy
Jeśli lubisz motonewsy i informacje ze świata motocykli, zajrzyj także do pozostałych artykułów na stronie.




